Przez bardzo długi czas myślałam, że nie mogę mówić tego, co myślę. Wiedziałam dokładnie co mi przeszkadza – świat sztuki wysokiej, jego mechanizmy oparte o późny kapitalizm, żerowanie instytucji na kreatywności artystów. Dla mnie sztuka była dosłownie tym, co ocaliło mi nie raz życie w mniej lub bardziej dosłownym tego słowa znaczeniu. Opowiadała historie, do których szeptów zasypiałam i wzbudzała emocje, które pozwalały zrozumieć siebie, zawsze wtedy, kiedy była tego największa potrzeba. To dzięki sztuce jestem dzisiaj sobą i nie powiem – bardzo tą mnie lubię.
Nie muszę chyba mówić, że kiedy pierwszy raz poznałam osobiście jednego z autorów tego kreatywnego zamieszania (artystę – był nim akurat Grześ Radziewicz) myślałam, że się posikam z ekscytacji. To on, właśnie on jest twórcą sztuki, tych kolorowych obrazów, które żyją sobie rent-free w mojej głowie. I choć myślałam, że (według stereotypu klasycznej historii sztuki) ten wielki mistrz nie dopuści mnie nawet do siebie bliżej niż na 3 metry (bo czymże ja sobie na to zasłużyłam, ja, zwykły plebs) on zaprosił mnie do swojego świata z wrażliwością… zwykłego człowieka – w najlepszym tego słowa znaczeniu. Rozmawiał jak równy z równym. Oh, jaką radość od tamtej pory sprawiało mi poznawanie twórców, którzy okazali się być po prostu ludźmi, ŚWIETNYMI ludźmi, a nie niedostępnymi pyszałkami, na jakich kreuje ich świat sztuki (choć takich też da się znaleźć).

Od lewej: Jerzy Konstantynowicz, Grzegorz Radziewicz, ja. Galeria Marchand, 2022.
Tyle że większość z nich była smutna. Choć mieli iskrę tańczącą szalenie w oku, kiedy opowiadali o swojej twórczości, ich rzeczywistość związana z docieraniem z tą sztuką do ludzi i sprzedażą rzadko była usłana różami. Ja też byłam smutna – przez elitarność, która stała się niesłuszną wizytówką świata sztuki, ludzie bali się ze sztuką ten kontakt mieć.
Najpierw myślałam, że mogę pomóc twórcom grając w tę samą grę, w którą grają wszyscy, tylko lepiej. Uśmiechać się mocniej, sprzedać duszę za więcej. Chciałam wejść do tego świata, ale robić rzeczy po swojemu. Ale czy można wygrać w grę, w której i tak wszyscy oszukują?
Największe moje załamanie przyszło pewnej słonecznej soboty w maju 2023, kiedy pracowałam jako asystentka na London Gallery Weekend. Pamiętam bardzo dobrze, kiedy w przerwie pomiędzy moimi zleceniami (koordynowałam wycieczki i obsługiwałam wydarzenia VIP) usiadłam w parku i się rozpłakałam. Przeszłam z ludźmi przez White Cube, Gagosian i większość galerii na Mayfair. Oczekiwałam ekscytacji, radości z przebywania ze sztuką. Dostałam? Ludzi skrępowanych przebywaniem w przestrzeniach, w których jako nie-potencjalni-klienci-z-masą-kasy są ignorowani. Wchodzenie do niektórych galerii na dzwonek, ukrytych w zakamarkach kamienic przed wzrokiem Kowalskiego (albo Smitha). Pracowników zimnych jak te białe ściany, bez kontaktu wzrokowego oferujących kartkę z opisem wystawy nudniejszym niż betonowe podłogi w ich galerii. Wiedziałam, że świat sztuki potrafi być niedostępny, ale że aż tak?
Po tym doświadczeniu mój następny krok wydawał się naturalny – trzeba zmienić świat sztuki. Pokolorować te ściany, rozmawiać z ludźmi, otwierać się na odbiorców, stawiać artystów na pierwszym miejscu. Śmiechy, drwiny, wszystkie „tak się nie da” od rówieśników i profesorów początkowo odpierałam. Ale wiecie, jaki jest problem? Oni mieli rację. Po nieudolnych próbach, pójściu na magisterkę z zarządzania rynkiem sztuki i jeszcze kilku latach obracania się w tym środowisku dotarło do mnie, że nie da się zmienić świata sztuki. Tak samo jak nie podlewa się już zwiędniętego kwiatka.
Trzeba posadzić nowy.
O swoich próbach, perypetiach i procesach myślowych mogłabym pisać długo i szeroko, bo 7 lat w tym otoczeniu daje naprawdę już spory arsenał historii. Jedno jednak teraz wiem – świata sztuki nie zmienimy. Ale możemy stworzyć nowy.
Więc robię to wszystko, co robię – piszę, studiuję jakieś szalone magisterki, rozwijam Heart of Art – nie tyle co dla siebie, ale dla artystów. Dla wszystkich tych, którzy mają odwagę wyrazić siebie i opowiadać historie. Robię to wszystko, by stworzyć świat sztuki, w którym można poczuć się jak w domu – nie tyle co dla siebie, dla artystów, co dla wszystkich tych, którzy boją się sztuki, bo świat wychował nas w przekonaniu, że nie mając fortuny nie możemy mieć do niej dostępu, a tworzyć można tylko idealnie. Być może boją się dać nam ten nieograniczony dostęp do niej, bo wiedzą, że sztuka potrafi koić i dodawać energii i leczyć i wskazywać drogę, pozwala myśleć i czuć; uczy zachwytu i uważności, nie tylko do siebie, ale i do świata, czego nam, jako ludzkości, coraz bardziej w życiu brakuje. Być może boją się, że gdybyśmy wszyscy byli uczeni kontaktu ze sztuką i wyrażania siebie, bylibyśmy zbyt niezależni, zbyt „niebezpieczni”, bo z własnym zdaniem i myślami, zdrowsi i najzwyczajniej w świecie bliżej samych siebie. Cóż, ja się nie boję.
I możesz pomyśleć, że jestem trochę cheesy, kiedy to mówię, ale ja naprawdę wierzę w to, że tak możemy zmienić świat. Że sztuka może zmieniać ludzi – a ci ludzie mogą potem zmieniać świat.
Dlatego właśnie robię wszystko to, co robię.

Heart of Art na spotkaniu w Katowicach, 2024.